Archive for December, 2002

Gdy w domu źle się dzieje…Nocny patrol

Friday, December 27th, 2002

Kolejna awantura. Pijany, wściekły mąż terroryzuje całą rodzinę. Ona znowu się boi. Najbardziej o dzieci. O siebie też, ale jej jest już wszystko jedno. Tylko, żeby one miały święty spokój. Wzywa policją, ale to pomaga tylko na krótko. Później znowu jest gorzej. Nie wie gdzie pójść, kto mógłby pomóc. Kiedy razem z policjantami podczas kolejnej interwencji wchodzą ubrani po cywilnemu kobieta i mężczyzna, to może być jej wybawienie.

Nocne patrole, w których do interwencji oprócz policjantów wyjeżdżają też pracownicy Ośrodka Interwencji Kryzysowej i Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Opolu, działają już trzeci rok. Przez ten czas z pomocy psychologów, uczestniczących w patrolach, skorzystało kilkaset osób, ofiar przemocy domowej w rodzinie.

Wy mi wierzycie

Nocni “patrolowcy” mają trudny orzech do zgryzienia, bo nie dość, że wchodzą w ludzkie życie w najgorszym momencie, to na przekazanie niezbędnych informacji, które mają skłonić zainteresowanych do zgłoszenia się do odpowiedniego ośrodka, mają około 10 minut i to w samym środku potwornych wydarzeń. Okazuje się jednak, że ma to swoje dobre strony.
? W tym momencie odpada element wstydu. Ludziom łatwiej jest przyjść do ośrodka i wyrzucić z siebie cały ciężar, kiedy mają świadomość, że byliśmy na miejscu i widzieliśmy całe zdarzenie – tłumaczy Edyta Solarska-Halaba z Ośrodka Interwencji Kryzysowej, która od samego początku uczestniczy w nocnych patrolach. – Większość ludzi zazwyczaj podczas rozmowy, mówi “pani mi wierzy, bo pani tam była i widziała”.
Na pomysł uruchomienia nocnych patroli wpadł Andrzeja Juszczaka, kierownik Ośrodka Readaptacji Społecznej “Gawra”, chociaż dzisiaj właściwie trudno ustalić, kto dokładnie jest jego autorem. Wiadomo jednak na pewno, że Opole jako pierwsze miasto w Polsce ruszyło z takim projektem.

- Pojechałem na studium o przemocy w rodzinie do Warszawy i tam dużo mówili o tym, jak powstawały programy Niebieska Linia i Niebieska Karta. Wtedy dowiedziałem się, że twórcy programów przez dwa miesiące jeździli z policjantami do domowych interwencji, chcąc mieć rozeznanie jak naprawdę wygląda przemoc w rodzinie – wspomina Juszczak. Pomyślał wtedy, że to fajny pomysł i stwierdził, że warto byłoby coś takiego wprowadzić na stałe.
- Od momentu, gdy rzuciłem konkretny pomysł, minęły dwa tygodnie i ruszyły pierwsze patrole – mówi Juszczak.

W kwietniu 1999 roku zostało podpisane próbne porozumienie pomiędzy prezydentem Opola a komendantem policji, w sprawie uruchomienia wspólnych patroli interwencyjnych na okres trzech miesięcy.

Gdy zaczęli jeździć okazało się, że ludzie dzwoniąc na policją prosili specjalnie o przysłanie radiowozu z psychologami. Dlatego 14 lipca tego samego roku podpisano kolejne porozumienie, na mocy którego pełną parą ruszyły Nocne Patrole Interwencyjne.

- Zasada od początku jest taka, że jedzie dwóch funkcjonariuszy policji i dwóch pracowników ośrodka – tłumaczy Edyta. – Pierwszy rok funkcjonowania partoli pokazał, jak potrzebna jest tego typu pomoc. W tym pierwszym okresie zgłaszało się do nas prawie 80 procent osób z interwencji. Teraz ta liczba się zmniejszyła.

Można się
przyzwyczaić…

Edyta i Andrzej swój pierwszy wyjazd na patrol dzisiaj wspominają z uśmiechem, ale przyznają również, że wtedy wcale nie było im do śmiechu.
? Pierwszy dyżur i po pół godzinie jest zgłoszenie, że jest napad. Policjanci zakładają kamizelki, przeładowują broń, my patrzymy na nich, Andrzej na mnie, ja na niego i nie wiemy co robić ? wspomina Edyta. ? Wywiązała się regularna strzelanina, byliśmy przerażeni. Jakiś czas później przyzwyczailiśmy się do koszmarnie szybkiej jazdy, pościgów i trudnych sytuacji, ale wtedy przeżyliśmy niezły stres.

Pierwsze wspólne interwencje domowe policjantów i psychologów były prawdziwą szkołą życia dla jednych i drugich. Popełniano też błędy, które wynikały z barku doświadczenia, ale mogły skończyć się tragicznie.

- Wezwanie. Awantura domowa. Wchodzimy, trzech facetów i ja jedna. Drzwi się otwierają i oni przepuszczają mnie pierwszą, zgodnie z zasadami dobrego wychowania. Nagle wyskakuje facet 150 kg żywej wagi i wyciąga w moją stroną rękę. Nic się nie stało, ale doszliśmy do wniosku, że jednak ja nie powinnam wchodzić pierwsza – śmieje się Edyta. – Teraz najczęściej jest tak, że policjanci wchodzą pierwsi na rekonesans. Jak wszystko jest w porządku, to wchodzimy na górę.

Gdyby nie ta ręka

Edyta zapytana o interwencje, która najbardziej utkwiła jej w głowie, opowiada historię wyjętą żywcem z thrillera.

Środek nocy, na dworze szaleje burza. Patrol przyjmuje zgłoszenie o matce maltretowanej przez syna. Kiedy docierają na miejsce w oknach jest ciemno, panuje cisza i spokój. Nikt nie woła pomocy. Nic się nie dzieje. Dyżurny, który w takiej sytuacji decyduje, czy policjanci mają interweniować czy nie, mówi, żeby nie wchodzić.

- Staliśmy pod tymi drzwiami i zupełnie nie wiedzieliśmy co robić. Wyglądało na to, że trzeba będzie pójść, czas naglił, i nagle ja dostrzegłam za oknem zakrwawioną rękę i cichutki szept “Pomocy!” – wspomina Edyta.
Na miejscu okazało się, że 35-letni, chory psychicznie syn zmaltretował swoją matkę prawie na śmierć. Gdyby nie interwencja patrolu z pewnością byłyby to jej ostatnie chwile. Mężczyzna miał urojenia, wydawało mu się, że jest Chrystusem, ale zamiast ukrzyżować samego siebie, postanowił dokonać tego czynu na swojej matce. Kiedy wszedł patrol kobieta była już niemal w całości przybita gwoździami do drzwi.

- Widok był niesamowity. Kobieta ledwo przytomna, cała zakrwawiona, a ten mężczyzna potwornie chudy, długowłosy i ubrany jedynie w rajstopy. Takiego widoku nigdy się nie zapomni – opowiada Edyta.

Edyta i Andrzej przyznają, że ta historia jeszcze długo nie dawała im spokoju. Na omawianiu jej spędzili długie godziny. Potrzebę wyrzucenia z siebie emocji mieli również policjanci, którzy razem z nimi uczestniczyli w interwencji. Ta historia skończyła się happy end?em. Kobietę uratowano, jej syn trafił do zakładu zamkniętego, w którym leczeni są chorzy psychicznie.
Jola zmienia swoje życie

Osoba doświadczająca przemocy w rodzinie jest bardziej skłonna zaufać osobie ubranej po cywilnemu, niż policjantowi w mundurze. Na tym właśnie opiera się cała strategia nocnych patroli. Okazuje się, że tym razem praktyka doskonale uzupełnia teorię.

Pani Jola mieszka w Opolu. Trzy miesiące temu patrol z psychologami przyjechał do niej po raz pierwszy. Od tego czasu jej życie zaczęło się zmieniać. Podjęła już pierwsze kroki, aby wyzwolić się spod 18-letniej tyranii męża – alkoholika. Rodzina pani Joli to jeden z klasycznych przykładów ofiar alkoholowej choroby głowy rodziny. Mężczyzna, gdy nie pije jest prawie normalnym mężem i ojcem. Pomaga w domu, potrafi wiele zrobić. Bawi się z dziećmi. Jest miły dla żony. Sielanka kończy się wraz z pierwszym wypitym kieliszkiem. Wtedy dla pozostałych członków rodziny zaczyna się prawdziwy koszmar. Nasłuchiwanie kroków na schodach. Czy już idzie, czy już trzeba zacząć się bać. Jola nie boi się o siebie, martwi się o dzieci. Najstarszy 18-letni Andrzej jest już wprawdzie dorosły, ale młodsza Monika i najmłodszy kilkuletni Krzysiu potwornie przeżywają każdą domową awanturę.

- Jak nie ma go do siódmej, to już wszyscy nerwowo zaczynają chodzić po domu. Przychodzi i od razu zaczyna się czepiać. Krzyczy, wyzywa mnie od najgorszych, mówi, że go zdradzam, straszy mnie, że się zabije ? wylicza pani Jola. – Ile razy spałam na korytarzu, bo chciałam, żeby dzieci miały spokojną noc.

Zdaniem psychologów takie zachowanie pijanego mężczyzny to klasyczny kompleks Otella, który we wszystkich działaniach żony doszukuje się oznak zdrady.

Któregoś razu mąż Joli powiedział, że idzie się wieszać. Nikt nie potraktował tego poważnie, ale za chwilę przybiegł brat męża i powiedział, że Jurek się powiesił. Żyje, bo brat w porę zdążył go odciąć.

Picie męża dla Joli oznacza też brak pieniędzy dla reszty rodziny. Stara się jak może, pracuje, dorabia po godzinach, ale pieniędzy brakuje.
- Mąż przepija większość pieniędzy, a jak popije, to potem chce mu się jeść. Reszta idzie na papierosy – wylicza pani Jola.

Kobieta ma dosyć strachu o siebie i o dzieci. Dzięki pomocy ośrodka interwencji udało jej się przeprowadzić rozdzielność majątkową z mężem. Zrobiła to, bo mąż ostatnio zaczął zaciągać pożyczki i boi się, że musiałaby spłacać jego długi. Wniosła też sprawę o alimenty. Wie, że kiedy zostaną one wyznaczone, przynajmniej nie będzie się musiała martwić o pieniądze na jedzenie dla dzieci. Nie wyklucza rozwodu.

- Starsze dzieci mówią, mamo może lepiej by nam było bez ojca. Szkoda mi tego najmłodszego, ale z drugiej strony po co mu taki wzór życiowy?
Jola dała jednak mężowi szansę. Powiedziała, że musi poddać się leczeniu. Jeśli się nie zgodzi zagroziła rozwodem.

- On jest chory i jeśli nie będzie chciał się leczyć to ja dłużej z nim nie będą się męczyła. Tyle lat wytrzymałam, bo nie wiedziałam, co mam zrobić. Człowiek trochę wstydzi się sąsiadów, a poza tym to nie wiadomo, gdzie z tym pójść. Dzięki pani Edycie i panu Andrzejowi moje życie zaczęło się zmieniać. Chcę, aby wszystkie osoby, które są w takiej sytuacji wiedziały, że nigdy nie jest za późno na zmianę swojego życia.

Autor artykułu: Magdalena Roguska

Świece z pomocą

Friday, December 27th, 2002

220 tysięcy złotych wyniesie prawdopodobnie dochód z tegorocznego Wigilijnego Dzieła Pomocy Dzieciom. Według ks. Arnolda Drechslera, dyrektora Caritasu i organizatora akcji sprzedaży świec, w tym roku udało się sprzedać o prawie 7 tysięcy sztuk więcej niż w roku ubiegłym.
Wygląda na to, że mieszkańcy Opolszczyzny choć ze wszelkich wyliczeń wynika, że biedniejsi, to jednak są bardziej otwarci na pomoc dla najuboższych. Mała świeca kosztuje 4, a duża 10 zł. Szczególnie dużo świec udało się w tym roku sprzedać w Kluczborku. Być może wynika to z faktu, że dochód z tegorocznej zbiórki zostanie podzielony pomiędzy letnie kolonie dla dzieci z ubogich rodziny, a rozbudowę Ośrodka Rehabilitacji dla Dzieci z Porażeniem Mózgowym w Kluczborku.

Tegoroczna akcja zakończyła się już w Nysie, gdzie udało się sprzedać prawie 12 tysięcy małych i 1050 dużych świec. W Opolu sprzedano 27.500 tysięcy dużych świec i niecałe 4 tysiące małych. W rejonie Kędzierzyna-Koźla również udało się sprzedać ponad 10 tysięcy świec.

Zysk ze sprzedaży świec na razie jest wyłącznie szacunkowy, dokładne liczby będą znane dopiero w połowie stycznia, kiedy wszystkie parafie z Opolszczyzny rozliczą się z Caritasem.

Autor artykułu: Rog

Ostrożnie z petardami

Friday, December 27th, 2002

Nadchodzi sylwestrowo-noworoczne szaleństwo sztucznych ogni, petard i wszelkiego rodzaju pirotechnicznych wynalazków. Ubiegłoroczne czasowe rozporządzenie wojewody opolskiego Leszka Pogana regulujące zasady sprzedaży i użytkowania artykułów pirotechnicznych obowiązuje również w tym roku.

Rozporządzenia wprawdzie jest, ale przydałby się też zdrowy rozsądek. Sprzedawcy bezwzględnie powinni przestrzegać zakazu sprzedaży środków pirotechnicznym osobom nieletnim, a
tymczasem widok dzieciaków bawiących się petardami nie jest wcale rzadkością.

Skomplikowane środki pirotechniczne, takie jak wielostrzałowe “torty” to wydatek rządu kilkudziesięciu, nawet do kilkuset złotych, dlatego na taki zbytek stać tylko zamożnych. Odpalanie takich cudeniek pod nadzorem dorosłej i trzeźwej osoby jest nie tylko bezpieczne, ale też dostarcza mnóstwo niezapomnianych wrażeń. Jednak źle odpalony torcik, lub raca mogą wyrządzić wielkie szkody, łącznie ze spowodowaniem kalectwa. Nie są to czcze słowa, bo każdego roku po zabawnych sylwestrowych oddziały szpitalne przyjmują nieostrożnych balangowiczów.

Najbardziej pożądanym artykułem (zapewne z powodu niskiej ceny) są jednak cały czas petardy.

- Sprzedajemy dużo “achtungów” (głośne hukowe petardy), “korsarzy”, bo są malutkie i bezpieczne dla dzieci, dlatego rodzice często je kupują, są też niedrogie i to pewnie jest dodatkowy argument – mówi Mariusz Kunicki, który sprzedaje fajerwerki pod opolskim Realem – Dużym powodzeniem cieszą się również sylwestrowe serpentynki, które wystarczy pociągnąć za sznurek. Mogą się nimi bawić małe dzieci i kosztują tylko 50 groszy. Mariusz mówi, że nie odważyłby się sprzedać fajerwerków dzieciom, bo za to grożą poważne konsekwencje. Dodaje również, że zaostrzyły się przepisy dotyczące handlu środkami pirotechnicznymi. – Na każdym stoisku musi być gaśnica i koc, a poza tym nie wszędzie można sprzedawać fajerwerki – mówi Kunicki.

Autor artykułu: Rog

Nysa: Ukłon w stronę większości

Friday, December 20th, 2002

Nowy burmistrz Nysy Marian Smutkiewicz kolejnymi decyzjami kadrowymi chce udowodnić, że chce porozumienia z Ligą Nyską, ugrupowaniem popierającym Janusza Sanockiego, które w radzie miasta ma większość.

Smutkiewicz odwołał ze stanowiska prezesa Miejskiego Zakładu Komunikacji i na to stanowisko przywrócił jego poprzednika Krzysztofa Głowackiego, którego powołał zarząd Sanockiego. Prezes Głowacki został odwołany przez następcę Sanockiego Ryszarda Rogowskiego.

Na wniosek burmistrza Smutkiewicza rada miasta odwołała w ostatnich dniach skarbnika Mariana Lisonia, którego na tym stanowisku zastąpi Stanisław Bednarczyk z Ligi Nyskiej, który również był skarbnikiem za czasów Sanockiego. Kolejnym ukłonem Smutkiewicza w stronę większościowego ugrupowania jest zwolnienie wieloletniego sekretarza miasta Mirosława Aranowicza, którego od 1 stycznia ma zastąpić Maria Chmielowiec, przewodnicząca Forum Kobiet Ziemi Nyskiej.

Smutkiewicz jeszcze przed oficjalnym przejęciem władzy podkreślał, że będzie szukał porozumienia z większością w radzie, gdyż konflikty mogą jedynie utrudnić podejmowanie strategicznych dla mieszkańców Nysy decyzji.

Autor artykułu: Rog

GÓRA ŚW. ANNY: Świat w szopce odbity

Friday, December 20th, 2002

Przy parafii św. Anny, pod duchową opieką jej proboszcza ks. Bogdana Koczora, działa jedyne w swoim rodzaju Towarzystwo Przyjaciół i Budowniczych Szopek Bożonarodzeniowych. Nie skupia zawodowców, jak sławni szopkarze z Krakowa, ale dzieci i młodzież.

- I to daje nadzieję, że tradycja nam nie zginie – mówi ks. Koczor, sam wielki pasjonat szopkarstwa. – Spiritus movens naszego Towarzystwa to pan Karol Gawlik z Wysokiej, którego szopki są po prostu profesjonalnie piękne. To on rozpala i podtrzymuje entuzjazm młodych.

Dobre wzory

Wszystko zaczęło się jakieś dziesięć lat temu, gdy młodzi parafianie wytrwale uczęszczający na roraty otrzymali w nagrodę białe figurki bohaterów świętej historii Bożego Narodzenia. Dziś te figurki odnaleźć można w wielu szopkach prezentowanych na 9. już wystawie prezentującej dzieła młodszych i starszych członków Towarzystwa.

Można tu też odnaleźć inspiracje szopkami, jakie budował brat Jacek Koschny, wielce utalentowany franciszkanin i rzeźbiarz. Widać też rękę Gawlika – jedna z szopek Artura Sitnika (bracia Sitnikowie mają ich na koncie kilka, w tym jedną ogromną z płynącą wodą i poruszającymi się figurami) wyposażona jest w figurki wycięte z fotografii upamiętniających wielką szopkę, jaką franciszkanie stawiają w kościele. Fotografie te zrobił właśnie Gawlik, być może zainspirowany doświadczeniami czeskich “betlemarzy” z Pragi – praskie szopki zrobione są bowiem z papieru i zawierają setki figur.

- Mamy kontakty nie tylko z Pragą, ale przede wszystkim z niemieckim Bambergiem, który uchodzi za miasto szopkarzy – opowiada ks. Koczor. – Góra św. Anny ma z Bambergiem porozumienie partnerskie i jeździmy tam na swego rodzaju szkolenia.

Efekty są niebanalne. O ile nasza tradycja każe umieszczać Świętą Rodzinę w stajence, to tradycja niemiecka jest bardziej mieszczańska – jedna z prac Artura Sitnika, zrobiona po powrocie z Bambergu, przenosi bożonarodzeniową opowieść w scenerię kilkupiętrowej kamienicy z balkonem i… ubikacją, w której można zauważyć nawet mikroskopijny papier toaletowy.

A jeśli chodzi o tak modną miniaturyzację, to jest i malutka szopka ukryta w puzderku, w jakim trzyma się zazwyczaj pierścionki.

Betlejem
po nowemu

To normalne, szopka od początku miała za zadanie przerzucać pomost między epokami, między Palestyną a światem, w który żyli świętujący Boże Narodzenie wierni. Szopkę wymyślił ponoć sam święty Franciszek, biedaczyna z Asyżu, który w Grecchcio przygotował kiedyś inscenizację z udziałem figury malutkiego Pana Jezusa i żywymi aktorami.

To szukanie powiązań, osadzanie szopki we współczesności, przyjmuje bardzo różne formy. Może dotyczyć użytej techniki – na Górze św. Anny warto zwrócić uwagę na szopkę z masy solnej, gdzie ścieżki znaczy rozsypana kawa i kasza gryczana, a liść laurowy udaje palmy. Z kolei Filip Nowak, czasem robiący szopki z bratem Sewerynem, zestawił ze sobą stuletnie figurki przechowywane przez rodziców i budynki zbudowane z… opakowań na komputery.

Jest tu nawet szopka jadalna! To rodzina Trałka specjalizuje się w szopkach zrobionych z produktów żywnościowych – wypiekła figurki z piernika, a dach stajenki pokryła słonymi paluszkami.

- Były tu też dwa baranki z dmuchanego ryżu, ale zniknęły. Podejrzewam, że jakieś dziecko nie mogło się oprzeć i po prostu je zjadło – śmieje się proboszcz.

Są tu nawiązania i mniej wesołe. Rodzina Morawców przygotowała szopkę publicystyczną, opatrzoną tytułem “Palestyna 2002″. Mamy tu czarne kruki zamiast białych aniołków, osamotnioną Świętą Rodzinę wśród głazów i ruin, a także uzbrojonych po zęby żołnierzy strzegących wjazdu do Betlejem. Chyba właśnie ta praca najdobitniej pokazuje, że szopkarstwo nie musi być folklorem, powtarzaniem sprawdzonych wzorów. Tak jak samo Boże Narodzenie ma być przeżyciem duchowym, zmuszającym nas do zastanowienia się nad sobą i światem, tak też szopka może być komentarzem na temat naszej ponurej rzeczywistości.

Małe modli się
najlepiej

Najbardziej wzruszające są jednak szopki przygotowane przez małe dzieci. Rok temu wszyscy podziwiali pracę Gilberta z Ligotki – ten czwartoklasista, chętnie pomagający ojcu w pracach na roli, otoczył stajenkę krowami, traktorami i kombajnami.

W tym roku warto obejrzeć szopki rodzeństwa Lisok. Pięcioletnia Martina przygotowała, zapewne nie bez udziału rodziców, szopkę wycinankową. Jej niewiele starszy brat Kamil zrobił za to szopkę z klocków lego.

- Producentom pewnie by do głowy nie przyszło, że te figurki można tak poprzestawiać. A Kamil pomyślał i tak to poukładał, że piraci nie przynoszą łupów, ale są Królami przynoszącymi dary dla Dzieciątka – opowiada ks. Koczor. – To jest świat dziecka, jego zabaw, przeniesiony w sferą sacrum. I to jest najpiękniejsze.

Autor artykułu: Marek Ostrowski

Kalejdoskop lokalny

Friday, December 20th, 2002

Kędzierzyn-Koźle:
Ekologiczny konkurs

Ponad 2.5 tony aluminiowych puszek nazbierały w ubiegłym roku dzieci ze szkół podstawowych i przedszkoli w Kędzierzynie-Koźlu. Konkurs na największą ilość zebranych aluminiowych opakować pod tytułem ?Ekologia, edukcja, ekonomia? zorganizował Wydział Ochrony Środowiska Urzędu Miasta. Najwięcej, bo ponad 340 kilogramów puszek zebrały dzieci z przedszkola nr 22. Rekordziści w nagrodę dostali dyplomy, zabawki i książki. W konkursie wzięło udział 979 dzieci z pięciu szkół podstawowych i czterech przedszkoli. Gmina Kędzierzyn-Koźle za zorganizowanie akcji otrzymała specjalne wyróżnienie w konkursie o “Srebrną Puszkę”. (more…)

Ostrawa zdobyta

Friday, December 20th, 2002

Judocy AZS Opole często szukają kontrpartnerów za naszą południową granicą. Ich tegoroczne starty w Czachach wypadły szczególnie dobrze.
- W tym roku zaliczyliśmy wszystkie cztery edycje Grand Prix Czech w judo kategorii juniorów młodszych – powiedział trener opolskiego AZS, Edward Faciejew. – Była to seria cennych dla nas startów kontrolnych, w których bez stresu i rozliczania za wyniki, weryfikowaliśmy nasz cykl treningowy.

Po zawodach w Hradec Kralove, Litomericach i Pilźnie, turniej w Ostrawie okazał się równie udany. Zawodnicy AZS Opole oraz bracia Marcin i Maciej Irkowie z Krosna, wygrali cztery z siedmiu kategorii wagowych juniorów.

Autor artykułu: rob

KOZIELNO: Wezbrały wody Nysy…Jest nowy zbiornik

Friday, December 13th, 2002

Po 16 latach zakończyła się budowa zbiornika retencyjnego na Nysie Kłodzkiej w Kozielnie. Jezioro Paczkowskie oprócz tego, że zabezpiecza gminę przed powodzią, może stać się dodatkową atrakcją turystyczną Opolszczyzny. Koszt inwestycji to 147 mln złotych.

Budowa zbiornika retencyjnego rozpoczęła się w 1986 roku, równocześnie z budową zbiornika retencyjnego w Topoli w województwie dolnośląskim, który został oddany do użytku równocześnie ze zbiornikiem w Kozielnie. Obydwa jeziora, w połączeniu z pozostałymi jeziorami w Nysie i Otmuchowie, mają zabezpieczać region przed falą powodziową. Zbiornik w Kozielnie ma pojemność 16 mln metrów sześciennych i wspólnie z pozostałymi ma ogromny wpływ na zabezpieczenie województwa opolskiego i dolnośląskiego przed powodzią. Projekt zbiornika wykonał wrocławski Hydroprojekt, a wykonawcą był Energopol-7 z Poznania.

W uroczystości oficjalnego otwarcia zbiornika oprócz Jerzego Ciechanowskiego, dyrektora naczelnego Energopolu-7, i Ryszarda Kosierba, dyrektora rejonowej dyrekcji Gospodarki Wodnej we Wrocławiu, uczestniczył też Stanisław Żelichowski, minister środowiska.

- Potrzebna była tragiczna w skutkach powódź z 1997 roku, żeby rząd opracował programy “Wisła”, “Odra 2006″, którego częścią jest również ten zbiornik w Kozielnie – mówił Żelichowski. – Właśnie te zbiorniki, dzięki coraz większej pojemności retencyjnej, ochraniają mieszkańców Opolszczyzny.

Dzięki takim zbiornikom, w przypadku powodzi jest więcej czasu na zorganizowanie akcji ratowniczej. Jednocześnie minister Żelichowski przyznał, że na razie szanse na to, że w najbliższym czasie wybudowany zostanie zbiornika retencyjny w Raciborzu są znikome, bo podobnie jak na dokończenie wielu innych rozpoczętych w całym kraju inwestycji, również na tą brakuje środków.

Autor artykułu: kacz

Mikołaj z gazetą i niespodziankami

Friday, December 13th, 2002

Prawie dwie setki dzieci z Opola i okolicznych miejscowości wzięły udział w mikołajkowym seansie w kinie “Centrum-Odra”. Dodatkową niespodzianką dla uczestników seansu “Dragon Ball Z” była wizyta Mikołaja, który wszystkim uczestnikom rozdał upominki. (more…)

Wszystkim się podobało !

Friday, December 13th, 2002

Ewa Olszewska (na zdjęciu), nowy marszałek województwa opolskiego, wygłosiła swoje expose. Na pierwszej sesji tego nie zrobiła, bo – podobno – nie przewidywała, że może zostać wybrana.

Expose było spóźnione, ale spodobało się dokładnie wszystkim klubom, od prawa do lewa. Sprawdziła się więc stara teza, że nic tak nie łagodzi obyczajów atrakcyjna kobieta.

A samo expose? Tu specjalnych niespodzianek nie było. Pani marszałek zastrzegła się, że nie będzie wymieniała całej listy zadań, ograniczyła się do wskazania priorytetów. Widzi trzy główne szanse rozwoju regionu: integrację europejską, edukację i regionalną tożsamość. Czyli, przekładając to na chłopski rozum, mamy wojować w Brukseli o miliony euro, szybko zrobić maturę albo i magistra, a przede wszystkim się nie kłócić, kto Polak, Niemiec czy Ślązak, tylko pracować wspólnie dla dobra małej ojczyzny.

Autor artykułu: most