Kolejna awantura. Pijany, wściekły mąż terroryzuje całą rodzinę. Ona znowu się boi. Najbardziej o dzieci. O siebie też, ale jej jest już wszystko jedno. Tylko, żeby one miały święty spokój. Wzywa policją, ale to pomaga tylko na krótko. Później znowu jest gorzej. Nie wie gdzie pójść, kto mógłby pomóc. Kiedy razem z policjantami podczas kolejnej interwencji wchodzą ubrani po cywilnemu kobieta i mężczyzna, to może być jej wybawienie.
Nocne patrole, w których do interwencji oprócz policjantów wyjeżdżają też pracownicy Ośrodka Interwencji Kryzysowej i Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Opolu, działają już trzeci rok. Przez ten czas z pomocy psychologów, uczestniczących w patrolach, skorzystało kilkaset osób, ofiar przemocy domowej w rodzinie.
Wy mi wierzycie
Nocni “patrolowcy” mają trudny orzech do zgryzienia, bo nie dość, że wchodzą w ludzkie życie w najgorszym momencie, to na przekazanie niezbędnych informacji, które mają skłonić zainteresowanych do zgłoszenia się do odpowiedniego ośrodka, mają około 10 minut i to w samym środku potwornych wydarzeń. Okazuje się jednak, że ma to swoje dobre strony.
? W tym momencie odpada element wstydu. Ludziom łatwiej jest przyjść do ośrodka i wyrzucić z siebie cały ciężar, kiedy mają świadomość, że byliśmy na miejscu i widzieliśmy całe zdarzenie – tłumaczy Edyta Solarska-Halaba z Ośrodka Interwencji Kryzysowej, która od samego początku uczestniczy w nocnych patrolach. – Większość ludzi zazwyczaj podczas rozmowy, mówi “pani mi wierzy, bo pani tam była i widziała”.
Na pomysł uruchomienia nocnych patroli wpadł Andrzeja Juszczaka, kierownik Ośrodka Readaptacji Społecznej “Gawra”, chociaż dzisiaj właściwie trudno ustalić, kto dokładnie jest jego autorem. Wiadomo jednak na pewno, że Opole jako pierwsze miasto w Polsce ruszyło z takim projektem.
- Pojechałem na studium o przemocy w rodzinie do Warszawy i tam dużo mówili o tym, jak powstawały programy Niebieska Linia i Niebieska Karta. Wtedy dowiedziałem się, że twórcy programów przez dwa miesiące jeździli z policjantami do domowych interwencji, chcąc mieć rozeznanie jak naprawdę wygląda przemoc w rodzinie – wspomina Juszczak. Pomyślał wtedy, że to fajny pomysł i stwierdził, że warto byłoby coś takiego wprowadzić na stałe.
- Od momentu, gdy rzuciłem konkretny pomysł, minęły dwa tygodnie i ruszyły pierwsze patrole – mówi Juszczak.
W kwietniu 1999 roku zostało podpisane próbne porozumienie pomiędzy prezydentem Opola a komendantem policji, w sprawie uruchomienia wspólnych patroli interwencyjnych na okres trzech miesięcy.
Gdy zaczęli jeździć okazało się, że ludzie dzwoniąc na policją prosili specjalnie o przysłanie radiowozu z psychologami. Dlatego 14 lipca tego samego roku podpisano kolejne porozumienie, na mocy którego pełną parą ruszyły Nocne Patrole Interwencyjne.
- Zasada od początku jest taka, że jedzie dwóch funkcjonariuszy policji i dwóch pracowników ośrodka – tłumaczy Edyta. – Pierwszy rok funkcjonowania partoli pokazał, jak potrzebna jest tego typu pomoc. W tym pierwszym okresie zgłaszało się do nas prawie 80 procent osób z interwencji. Teraz ta liczba się zmniejszyła.
Można się
przyzwyczaić…
Edyta i Andrzej swój pierwszy wyjazd na patrol dzisiaj wspominają z uśmiechem, ale przyznają również, że wtedy wcale nie było im do śmiechu.
? Pierwszy dyżur i po pół godzinie jest zgłoszenie, że jest napad. Policjanci zakładają kamizelki, przeładowują broń, my patrzymy na nich, Andrzej na mnie, ja na niego i nie wiemy co robić ? wspomina Edyta. ? Wywiązała się regularna strzelanina, byliśmy przerażeni. Jakiś czas później przyzwyczailiśmy się do koszmarnie szybkiej jazdy, pościgów i trudnych sytuacji, ale wtedy przeżyliśmy niezły stres.
Pierwsze wspólne interwencje domowe policjantów i psychologów były prawdziwą szkołą życia dla jednych i drugich. Popełniano też błędy, które wynikały z barku doświadczenia, ale mogły skończyć się tragicznie.
- Wezwanie. Awantura domowa. Wchodzimy, trzech facetów i ja jedna. Drzwi się otwierają i oni przepuszczają mnie pierwszą, zgodnie z zasadami dobrego wychowania. Nagle wyskakuje facet 150 kg żywej wagi i wyciąga w moją stroną rękę. Nic się nie stało, ale doszliśmy do wniosku, że jednak ja nie powinnam wchodzić pierwsza – śmieje się Edyta. – Teraz najczęściej jest tak, że policjanci wchodzą pierwsi na rekonesans. Jak wszystko jest w porządku, to wchodzimy na górę.
Gdyby nie ta ręka
Edyta zapytana o interwencje, która najbardziej utkwiła jej w głowie, opowiada historię wyjętą żywcem z thrillera.
Środek nocy, na dworze szaleje burza. Patrol przyjmuje zgłoszenie o matce maltretowanej przez syna. Kiedy docierają na miejsce w oknach jest ciemno, panuje cisza i spokój. Nikt nie woła pomocy. Nic się nie dzieje. Dyżurny, który w takiej sytuacji decyduje, czy policjanci mają interweniować czy nie, mówi, żeby nie wchodzić.
- Staliśmy pod tymi drzwiami i zupełnie nie wiedzieliśmy co robić. Wyglądało na to, że trzeba będzie pójść, czas naglił, i nagle ja dostrzegłam za oknem zakrwawioną rękę i cichutki szept “Pomocy!” – wspomina Edyta.
Na miejscu okazało się, że 35-letni, chory psychicznie syn zmaltretował swoją matkę prawie na śmierć. Gdyby nie interwencja patrolu z pewnością byłyby to jej ostatnie chwile. Mężczyzna miał urojenia, wydawało mu się, że jest Chrystusem, ale zamiast ukrzyżować samego siebie, postanowił dokonać tego czynu na swojej matce. Kiedy wszedł patrol kobieta była już niemal w całości przybita gwoździami do drzwi.
- Widok był niesamowity. Kobieta ledwo przytomna, cała zakrwawiona, a ten mężczyzna potwornie chudy, długowłosy i ubrany jedynie w rajstopy. Takiego widoku nigdy się nie zapomni – opowiada Edyta.
Edyta i Andrzej przyznają, że ta historia jeszcze długo nie dawała im spokoju. Na omawianiu jej spędzili długie godziny. Potrzebę wyrzucenia z siebie emocji mieli również policjanci, którzy razem z nimi uczestniczyli w interwencji. Ta historia skończyła się happy end?em. Kobietę uratowano, jej syn trafił do zakładu zamkniętego, w którym leczeni są chorzy psychicznie.
Jola zmienia swoje życie
Osoba doświadczająca przemocy w rodzinie jest bardziej skłonna zaufać osobie ubranej po cywilnemu, niż policjantowi w mundurze. Na tym właśnie opiera się cała strategia nocnych patroli. Okazuje się, że tym razem praktyka doskonale uzupełnia teorię.
Pani Jola mieszka w Opolu. Trzy miesiące temu patrol z psychologami przyjechał do niej po raz pierwszy. Od tego czasu jej życie zaczęło się zmieniać. Podjęła już pierwsze kroki, aby wyzwolić się spod 18-letniej tyranii męża – alkoholika. Rodzina pani Joli to jeden z klasycznych przykładów ofiar alkoholowej choroby głowy rodziny. Mężczyzna, gdy nie pije jest prawie normalnym mężem i ojcem. Pomaga w domu, potrafi wiele zrobić. Bawi się z dziećmi. Jest miły dla żony. Sielanka kończy się wraz z pierwszym wypitym kieliszkiem. Wtedy dla pozostałych członków rodziny zaczyna się prawdziwy koszmar. Nasłuchiwanie kroków na schodach. Czy już idzie, czy już trzeba zacząć się bać. Jola nie boi się o siebie, martwi się o dzieci. Najstarszy 18-letni Andrzej jest już wprawdzie dorosły, ale młodsza Monika i najmłodszy kilkuletni Krzysiu potwornie przeżywają każdą domową awanturę.
- Jak nie ma go do siódmej, to już wszyscy nerwowo zaczynają chodzić po domu. Przychodzi i od razu zaczyna się czepiać. Krzyczy, wyzywa mnie od najgorszych, mówi, że go zdradzam, straszy mnie, że się zabije ? wylicza pani Jola. – Ile razy spałam na korytarzu, bo chciałam, żeby dzieci miały spokojną noc.
Zdaniem psychologów takie zachowanie pijanego mężczyzny to klasyczny kompleks Otella, który we wszystkich działaniach żony doszukuje się oznak zdrady.
Któregoś razu mąż Joli powiedział, że idzie się wieszać. Nikt nie potraktował tego poważnie, ale za chwilę przybiegł brat męża i powiedział, że Jurek się powiesił. Żyje, bo brat w porę zdążył go odciąć.
Picie męża dla Joli oznacza też brak pieniędzy dla reszty rodziny. Stara się jak może, pracuje, dorabia po godzinach, ale pieniędzy brakuje.
- Mąż przepija większość pieniędzy, a jak popije, to potem chce mu się jeść. Reszta idzie na papierosy – wylicza pani Jola.
Kobieta ma dosyć strachu o siebie i o dzieci. Dzięki pomocy ośrodka interwencji udało jej się przeprowadzić rozdzielność majątkową z mężem. Zrobiła to, bo mąż ostatnio zaczął zaciągać pożyczki i boi się, że musiałaby spłacać jego długi. Wniosła też sprawę o alimenty. Wie, że kiedy zostaną one wyznaczone, przynajmniej nie będzie się musiała martwić o pieniądze na jedzenie dla dzieci. Nie wyklucza rozwodu.
- Starsze dzieci mówią, mamo może lepiej by nam było bez ojca. Szkoda mi tego najmłodszego, ale z drugiej strony po co mu taki wzór życiowy?
Jola dała jednak mężowi szansę. Powiedziała, że musi poddać się leczeniu. Jeśli się nie zgodzi zagroziła rozwodem.
- On jest chory i jeśli nie będzie chciał się leczyć to ja dłużej z nim nie będą się męczyła. Tyle lat wytrzymałam, bo nie wiedziałam, co mam zrobić. Człowiek trochę wstydzi się sąsiadów, a poza tym to nie wiadomo, gdzie z tym pójść. Dzięki pani Edycie i panu Andrzejowi moje życie zaczęło się zmieniać. Chcę, aby wszystkie osoby, które są w takiej sytuacji wiedziały, że nigdy nie jest za późno na zmianę swojego życia.
Autor artykułu: Magdalena Roguska