Nie ma jednej Opolszczyzny. Są dwie, różniące się pod względem etnicznym i materialnym. Zachodnie powiaty regionu – namysłowski, brzeski i nyski – zamieszkane przez polską większość, są coraz bardziej zagrożone ubóstwem. Miasto Opole i powiaty zamieszkane przez mniejszość niemiecką, wręcz przeciwnie, są w coraz lepszej kondycji. Ich mieszkańcy żyją na tak wysokiej stopie, że windują w górę cały region. Opolskie – mimo kłopotów powiatów graniczących z Dolnym Śląskiem – pod względem poziomu życia mieszkańców sytuuje się na szczycie rankingu województw. – A to znaczy, że przepaść między bogatą i biedną Opolszczyzną jest coraz większa – mówi Jerzy Czerwiński, wojewódzki radny PiS, a wcześniej poseł Ruchu Katolicko-Narodowego.
Czerwiński jest autorem określenia “półksiężyc biedy”, które kilka lat temu zrobiło w opolskiej polityce sporą karierę. Nazwał tak wspomniane zachodnie powiaty, które – gdy spojrzeć na mapkę – rzeczywiście układają się w rodzaj półksiężyca. Zdaniem Czerwińskiego, problem rozdarcia regionu na dwie zupełnie różne części robi się coraz bardziej palący. Dowodem ma być ostatni raport Regionalnego Ośrodka Polityki Społecznej na temat problemu ubóstwa i wykluczenia społecznego w regionie. Raport rzeczywiście daje do myślenia: z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w w 1999 roku mieliśmy na Opolszczyźnie 13 gmin zagrożonych ubóstwem. Tymczasem w roku 2006, czyli po siedmiu latach funkcjonowania samorządu wojewódzkiego, liczba zagrożonych gmin wzrosła do 20. I wszystkie one sytuują się w “półksiężyciu biedy”.
- Wynika z tego jasno, że jest coraz gorzej – komentuje Czerwiński. – Jeszcze kilka lat temu te gminy jakoś walczyły i dawały sobie radę. No i wygląda na to, że tę wojnę przegrywają.
“Polska Gazeta Opolska” chciała porozmawiać na ten temat z przedstawicielem Zarządu Województwa. Ponieważ marszałek Józef Sebesta dochodzi do zdrowia po wypadku, najlepszym kandydatem był wicemarszałek Józef Kotyś z mniejszości niemieckiej. Nie miał jednak czasu na rozmowę i za pośrednictwem swojej rzeczniczki przekazał, że walka z ubóstwem należy do zadań gmin, a nie zarządu województwa.
Radny Czerwiński nie jest zdziwiony tym, że włodarze regionu nie chcą rozmawiać o podziałach wewnątrz regionu. – Gdy poruszyłem ten temat na sesji Sejmiku, miałem wrażenie,że wszyscy tylko czekają, kiedy skończę – wspomina. -Należy pamiętać, że regionem de facto rządzi mniejszość niemiecka: najpierw w koalicji z AWS, potem z SLD, a teraz z PO. Dla niej temat jest niewygodny. Już podczas debaty na temat istnienia samodzielnego województwa opolskiego ostrzegałem, że opłaca się ono przede wszystkim opolskim elitom urzędniczym i mniejszości niemieckiej. Wychodzi na to, że miałem rację. To województwo trzeba skleić, bo w końcu się rozpadnie.
Z argumentacją Czerwińskiego nie zgadzają się byli włodarze regionu. Były marszałek Grzegorz Kubat z SLD przypomina, jak wiele unijnych pieniędzy poszło na projekty zgłoszone przez samorządy z “półksiężyca biedy”. Podobnego zdania jest przynajmniej część samorządowców, choćby burmistrz Głuchołaz Edward Szupryczyński (patrz obok). Niewykluczone więc, że różnica w poziomie życia wynika nie tyle z błędów polityki regionalnej, co z transferu gotówki zarobionej przez opolskich Niemców w Unii.
Samorządowcy twierdzą, że to nie takie proste
Wśród gmin, które – według rankingu ROPS – mają coraz większe problemy z ubóstwem mieszkańców są też Głuchołazy w powiecie nyskim. Burmistrz Edward Szupryczyński jest tym zaskoczony, bo ocenia sytuację gminy inaczej. Co więcej, apeluje o to by nie szukać uproszczonych wyjaśnień.
- Głuchołazy należą do tych gmin, które potrafiły skorzystać z szansy, jaką dają różne unijne projekty – mówi. – Bardzo dużo naszych pomysłów zostało zaakceptowanych i nigdy chyba nie mieliśmy tak wielkich pieniędzy.
Zdaniem Szupryczyńskiego, różnic w poziomie życia między mieszkańcami zachodniej i wschodniej części regionu nie należy tłumaczyć błędną polityką władz regionu. Jeśli już, to błędami polityki społecznej kształtowanej w Warszawie.
- To tam ustala się płacę minimalną i standardy opieki społecznej – mówi.- Mamy osoby,które żyją w konkubinacie, bo to zapewnia im pomoc socjalną na poziomie1.500 złotych netto. Trudno się dziwić, że nie szukają pracy.Praca jest,bezrobocie spadło u nas o całe 10 procent. Ale ludzie muszą chcieć tę pracę podjąć.I to jest problem.
Autor artykułu: Marek Świercz